
Nostalgia w towarzystwie Golonki…
kwiecień 4, 2007Środowy wieczór postanowiliśmy spędzić w Nostalgii, którą będąc w Krakowie odwiedziłem już w grudniu 2006, , również zawodowo. Nie ma to jak dobra golonka, w dobrym towarzystwie współbiesiadników i pszenicznego piwa. Bieżący wywód nie będzie długi bo długo o golonce pisać nie można i tak słów nie starczy aby opisać doznania konsumenta.
Jak się kilkakrotnie przekonałem stolica małopolski pozwala nam zostawić nieco więcej grosza w kieszeni, przy podobnej jakości potraw, obsługi i ogólnego wrażenia: 6 pln za 10 dkg szlachetnego mięsa z mniej szlechetną, ale jakże ważną kością, to cena która pozwala się cieszyć nie tylko ze spożywania lecz również z odpowiednio niskiej zapłaty.
Moja ostatnia wizyta w Nostalgii spowodowała pewne przepełnienie żołądka i kiepskie samopoczucie, dlatego tym razem zrezygnowałem z przekąski, którą wtedy został czerwony barszczyk o dość wyrazistej barwie i smaku. Na stole zagościły więc dwie golonki (po jednej na dwie osoby:)) w towarzystwie piwa Paulaner (12 pln), które bardzo wnikliwie przyozdobiło zawartość talerzy.
Trzeci przy stole, niezbyt wielki pasjonat tłuszczyku, przystawił się do łososiowego tatara, podanego w trzech zgrabnych półksiężycach, zanim kelnerka z uśmiechem doniosła nasze golonka, u niego pojawił się bigos na pięciu mięsach oraz czerwony barszczyk, ponoć bardzo smaczny.

Nostalgiczna Golonka podawana jest na mocno zasmażanej kapuście, bardziej to przypomina bigos i wspaniale wydobywa właściwą nutę zapachowo-smakową w całej potrawie. Mięso oczywiście najpierw gotowane potem pieczone, otoczone jest rozpływającą się w ustach skórą z odrobiną właściwego tłuszczyku, całość bardzo krucha i soczysta. Jeżeli ktoś lubi to, w zgrabnych miseczkach pojawia się również musztarda i bardzo wyrazisty chrzan, który znów pasuje tutaj niebywale. Porcje są duże, radzę aby nie próbować kończyć posiłek golonką w Nostalgii, raczej weźmy to na pierwszy ogień, później ewentualnie możemy wrzucić coś na dopełnienie.
Podsumowując, polecam wszystkim nawiedzającym Kraków, aby wstąpili do Nostalgii, jest blisko rynku, nie jest bardzo droga, a wielbiciele golonek wyjdą bardzo zadowoleni…
Restauracja Nostalgia
ul. Karmelicka 10
Kraków
0-12 425 42 60
http://www.nostalgia.krakow.pl/
Chodzę tam głównie gdy słomiane wdowstwo zagląda mi do żołądka i również ostatnio zdążyło się to ponownie. W szerokim korytarzu mamy do czynienia z kilkoma mniejszymi i większymi knajpkami, większość ma wygląd nieco hipermarketowy z zaplanowanym otwarciem na duże tłumy. Kątem oka dostrzegłem Sushi Bar ale jeszcze zamknięty. Skierowałem sie do restauracji Firley, która przyciąga wzrok i smak bardzo polskim, swojskim i dworskim wystrojem. Ciemne drewno, ciężkie zasłony, dużo beżu i brązu, wprowadza zwalisty klimat mający przypominać prawdziwą polską zasmażkę lub zabielony sos, gęsty i zawiesisty. Niestety otwarte przestrzenie burzą to poczucie, polskie chaty powodowały raczej konieczność schylenia głowy a tutaj mamy sufit 5 metrów nad czołem.
Chciałem coś szybko przekąsić, co może kłóci się z dworskim biesiadowaniem, ale pomyślałem ze się może udać. Znalazłem na sali tablicę z ofertą dnia, była to bitka z kopytkami, zasmażanymi buraczkami, sosem + zupa ziemniaczana gratis. Za 15.50 PLN dwudaniowy obiad to iście stołówkowa propozycja. Zmylony i zapatrzony w hipermarketowy, udałem się bezpośrednio do miejsca gdzie była lada i poprosiłem o zestaw dnia oraz cocacolę. Zapłaciłem w tym samym momencie i udałem się na spoczynem do niedaleko położonego stolika, obwieszonego suknem. Na zupę czekałem 5 minut, była bardzo ciepła, czyli pewnie nie z mikrofali - ucieszyłem się. W smaku zalewka okazała się obiecująca, całość przygotowana na boczku, lekko zabielona, z sporą ilością kartofli. Nie skończywszy zupy doczekałem się drugiego dania, sprytnie i zmyślnie podanego na talerzu przykrytym blaszaną kopułą, domyślam się że ktoś zauważył że jeszcze nie skończyłem jeść i zadbał o temperaturę dania następnego. Bitka pokryta smacznym sosem w towarzystwie kopytek o odpowiedniej sprężystości i smaku. Buraczki się pojawiły pomimo mojej prośby w bufecie o zamianę na kapustę, spróbowałem jednak i były standardowo dobre, nie jestem fanem tego typu dodatków więc nic więcej nie mogę powiedzieć.
Sushi zaczyna odgrywać nie byle jaką rolę w naszej, szybko zmieniającej się kulturze jedzenia i biesiadowania. W sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle. Dobrze o tyle, że poznajemy nowe smaki, otwieramy się, lub tylko udajemy otwarcie na inne kultury. Źle może dlatego, że zauważam pewne uspołecznienie się tego sposobu jedzenia i przygotowania dań, nie wiem czy to dobre słowo, ale chodzi głównie o zejście Sushi pod strzechy w nienajlepszym tego słowa znaczeniu.
Sakana Sushi Bar mieści się w samym kulinarnym centrum Poznania, łatwo tu trafić zwracając uwagę na typowy trzcinowo-drewniany wystrój wewnątrz ale i na zewnątrz. Ponieważ jest to bar, zaraz po wejściu natrafimy na typową ladę w kształcie elipsy. W środku dwa stanowiska kucharskie, wokoło kanał wodny przypominający bieżnię, po której bieg długodystansowy uprawiają Nigiri, Maki, Temaki i Chirashi. My zasiadamy na wysokich krzesłach, mając na oku cały proces przygotowywania azjatyckich “rozkoszy”.
Wracając do początku i mojej obawy przed uspołecznieniem się Sushi: jest to typowa sytuacja i nie da się jej powstrzymać, mieliśmy nieco wcześniej podobną sytuację z kuchnią meksykańską. Obawiam się sytuacji, w której Sushi będzie tak popularne jak ręcznie robione koreczki na prywatkach, albo co gorsza chipsy wsypywane do miski, lub paluszki w szklance (sic!). Postarajmy się nie sprowadzić tej kultury jedzenia i przyrządzania potraw do usystematyzowania i wtłoczenia wieloletniej tradycji w schemat działania Adama Słodowego. Jeszcze trudno w naszym kraju dostać świeże ryby, szczególnie śródziemnomorskie lub co gorsza oceaniczne, pisałem już o tuńczyku w Makro, który przed wyłożeniem na ladę jest głęboko mrożony. Dajmy szansę takim miejscom jak Sushi Bar w Poznaniu, wzrośnie konkurencja, ceny spadną…

Liczyliśmy na szybką przekąskę, azjaci przodują w takowych, więc wkroczyliśmy szybkim krokiem, a ukazał się przed nami styl epoki Ming z domieszką PRL. Dwa piętra składają się na tą jadłodajnię, na dole siedziało kilkanaście osób, co tylko dobrze świadczy o podawanych tutaj specjałach - pomyślałem. Nobliwy kelner zapodał kartę dań, wybraliśmy na szybko 2 x zupa Wonton oraz kurczak SATAY, który figurował jako ciepła przekąska. Ceny nie zachęcają niskim poziomem, zupy ponad 10 PLN, dania 30-40, przekąski 10-20. Po 10 minutach oczekiwania na stole pojawiły się przybory do jedzenia, stylowe chińskie, porcelanowe łyżki (jedna była BRUDNA !!!), zupki podano w małych miseczkach. Smak Wonton ciekawy, lekko słodkawy, tak jakby z dodatkiem słodkiego, tajskiego sosu sojowego. Pierożki smaczne, w słusznej ilości, farsz ciepły a ciasto cieniutkie i nie rozgotowane. Gdy jeszcze jedliśmy łyżkami, kelner doniósł kurczaka, który podawany i przygotowywany jest na długich patyczkach od grilla, niekiedy metalowych, tutaj akurat drewnianych. SATAY - są to kawałki kurczaka, cienko pokrojone na paski, zamarynowane, nabite wzdłuż na patyk i grilowane/pieczone. Zwykle podaje się z sosem opartym na maśle orzechowym i tu też taki był, lecz dodatkowo zagościł przeźroczysty, lekko gęsty i słodki sos z kawałkami warzyw, coś jak salsa tylko o smaku orientalnym. Kurczak bardzo nam smakował, na talerzu znalazły się jeszcze tosty z ciemnego chleba, które polane sosami były również przekonująco smaczne.
Minęło przedstawienie, minęły dwie godziny, minęło również poczucie sytości, co wraz z chęcią sprawdzenia zauważonej wcześniej, kątem oka, kafejki w pobliżu, zaowocowało decyzją o zawitaniu w progi “W biegu Cafe” na ulicy marszałkowskiej, tuż przy placu zbawiciela. Wnętrze ma swój styl, wygodne kanapy, lada ze słodyczami, zapach kawy. Małżonka wybrała herbatę, ja mrożoną Latte oraz kawałek keksa pakowany pojedynczo. Zaskoczył mnie 30 złotowy rachunek, dostrzegłem jednak, że herbata jest na dwie osoby, podawana w czajniczku z dwoma filiżankami, oraz że keks w plasterku wart jest 6 PLN. Zasiedliśmy w wygodnym siedzisku, po chwili na stoliku pojawiły się zamówione dobra. Kawa średnio mi smakowała, była, o dziwo, mało kawowa, dużo lodu, który chyba zbytnio rozcieńczył całość. Ciekawym pomysłem, który można wykorzystać jest polewanie stopioną czekoladę wnętrza naczynia z mrożoną kawą, takie wzorki wyglądają dość ciekawie. Keks bardzo dobry, wilgotny z sowitą ilością bakalii. Herbata okazała się przebojem wieczoru, później przeczytałem że marka Ronnefeldt jest jedną z bardziej znanych na rynku gastronomicznym, istnieje od 1823 roku ! i niestety nie można kupić tych produktów
detalicznie
Przekazując nasz wniosek do kucharza, który kręcił ciastem na oczach głodnych widzów, znów zobaczyłem dziwną minę żonglera oraz uśmiech, przemiłej dla niego, kelnerki. Wyrobił placek pod sałatkę, ciasto jest takie jak na pizzę lecz grubsze, gęsto podziurkowane i posypane przyprawą. Mój makaron przygotowywany w kuchni wyjechał na zewnątrz, kuchcik posypał go serem, który używa zwykle do pizzy i włożył do pieca. Po 15 minutach oczekiwania dania zostały podane, sałatka majestatyczna, zielona, ładnie podana, penne również poprawnie podane, lecz samo danie mało atraktyjne, jednoodcieniowe. Niestety moje wewnętrzne obawy co do jakość makaronu potwierdziły się już po kilku widelcach, poczułem się najedzony i odeszła mi ochota na dalsze konsumowanie. Całość strasznie ciężka, mulista, boczek posklejany ze sobą, nie rozprowadzony po całości. Cztery sery, które tam miały przebywać połączyły się w jeden niezrozumiały dla podniebienia i języka patchwork. Samo penne strasznie rozgotowane, obślizgłe - ale się najadłem
Gotujemy wodę w garnku z łyżeczką soli i 4 łyżkami soku z cytryny, do wrzątku wrzucamy brokuły. Świeże gotujemy 3 minuty, mrożone 5. W międzyczasie na dużą patelnię wlewamy kilka łyżek oliwy, podgrzewamy i dodajemy 3 ząbki czosnku, w całości ze skórką, na małym ogniu czekamy aż się zrumieni. Oliwa dostanie fajnego czosnkowego posmaku, lecz bardzo łagodnego, złagodnieją również same ząbki, które nawet można spożyć smarując nim chleb.
Ten post jest pierwszym, mam nadzieję, że nie ostatnim, z serii paryskich, kulinarnych i majowych wspomnień. Na początku chciałbym opisać coś co najbardziej zapadło w moją zapachowo-smakową pamięć, a mianowicie chodzi o małże, które świeżo przygotowane jadłem pierwszy raz i po pobycie w restauracji Leon de Bruxelles, z pewnością będę wracał do muli tak często jak to tylko możliwe. Już niedługo postaram się odwiedzić warszawskie podwoje kilku restauracji, w których podają świeże owoce morza tylko w czwartki, bo w środę jest dostawa lotnicza, wszystko oczywiście opiszę na łamach 5smaków.
Ale do sedna, czyli do małż i Leon’a. Jest to sieć restauracji, którą zapoczątkował w 1989 roku Rudy Vanlancker, postanowił on na wzór restauracji założonej w Brukseli w 1893 przez Léona Vanlanckera, serwować świeże owoce morza, głównie te szczelnie ukrywające swe tusze w czarnych muszlach. Pierwsze jadłodajnie powstawały w Paryżu, najpierw na placu Republiki, obok której miałem zaszczyt mieszkać 