h1

Nostalgia w towarzystwie Golonki…

Kwiecień 4, 2007

Środowy wieczór postanowiliśmy spędzić w Nostalgii, którą będąc w Krakowie odwiedziłem już w grudniu 2006, , również zawodowo. Nie ma to jak dobra golonka, w dobrym towarzystwie współbiesiadników i pszenicznego piwa. Bieżący wywód nie będzie długi bo długo o golonce pisać nie można i tak słów nie starczy aby opisać doznania konsumenta.
Nostalgia - aranżacjeJak się kilkakrotnie przekonałem stolica małopolski pozwala nam zostawić nieco więcej grosza w kieszeni, przy podobnej jakości potraw, obsługi i ogólnego wrażenia: 6 pln za 10 dkg szlachetnego mięsa z mniej szlechetną, ale jakże ważną kością, to cena która pozwala się cieszyć nie tylko ze spożywania lecz również z odpowiednio niskiej zapłaty.
Moja ostatnia wizyta w Nostalgii spowodowała pewne przepełnienie żołądka i kiepskie samopoczucie, dlatego tym razem zrezygnowałem z przekąski, którą wtedy został czerwony barszczyk o dość wyrazistej barwie i smaku. Na stole zagościły więc dwie golonki (po jednej na dwie osoby:)) w towarzystwie piwa Paulaner (12 pln), które bardzo wnikliwie przyozdobiło zawartość talerzy.

Trzeci przy stole, niezbyt wielki pasjonat tłuszczyku, przystawił się do łososiowego tatara, podanego w trzech zgrabnych półksiężycach, zanim kelnerka z uśmiechem doniosła nasze golonka, u niego pojawił się bigos na pięciu mięsach oraz czerwony barszczyk, ponoć bardzo smaczny.

Nostalgia - Wystrój

Nostalgiczna Golonka podawana jest na mocno zasmażanej kapuście, bardziej to przypomina bigos i wspaniale wydobywa właściwą nutę zapachowo-smakową w całej potrawie. Mięso oczywiście najpierw gotowane potem pieczone, otoczone jest rozpływającą się w ustach skórą z odrobiną właściwego tłuszczyku, całość bardzo krucha i soczysta. Jeżeli ktoś lubi to, w zgrabnych miseczkach pojawia się również musztarda i bardzo wyrazisty chrzan, który znów pasuje tutaj niebywale. Porcje są duże, radzę aby nie próbować kończyć posiłek golonką w Nostalgii, raczej weźmy to na pierwszy ogień, później ewentualnie możemy wrzucić coś na dopełnienie.
Podsumowując, polecam wszystkim nawiedzającym Kraków, aby wstąpili do Nostalgii, jest blisko rynku, nie jest bardzo droga, a wielbiciele golonek wyjdą bardzo zadowoleni…

Restauracja Nostalgia
ul. Karmelicka 10
Kraków
0-12 425 42 60

http://www.nostalgia.krakow.pl/

h1

Firley – Park Smaku

Luty 9, 2007

O Parku Smaku już pisałem nie raz:

nie jest to jakieś wyróżnienie z mojej strony dla tego miejsca, leży po prostu po drodze z pracy do domu.

firley120.jpg Chodzę tam głównie gdy słomiane wdowstwo zagląda mi do żołądka i również ostatnio zdążyło się to ponownie. W szerokim korytarzu mamy do czynienia z kilkoma mniejszymi i większymi knajpkami, większość ma wygląd nieco hipermarketowy z zaplanowanym otwarciem na duże tłumy. Kątem oka dostrzegłem Sushi Bar ale jeszcze zamknięty. Skierowałem sie do restauracji Firley, która przyciąga wzrok i smak bardzo polskim, swojskim i dworskim wystrojem. Ciemne drewno, ciężkie zasłony, dużo beżu i brązu, wprowadza zwalisty klimat mający przypominać prawdziwą polską zasmażkę lub zabielony sos, gęsty i zawiesisty. Niestety otwarte przestrzenie burzą to poczucie, polskie chaty powodowały raczej konieczność schylenia głowy a tutaj mamy sufit 5 metrów nad czołem.
firley2.jpg Chciałem coś szybko przekąsić, co może kłóci się z dworskim biesiadowaniem, ale pomyślałem ze się może udać. Znalazłem na sali tablicę z ofertą dnia, była to bitka z kopytkami, zasmażanymi buraczkami, sosem + zupa ziemniaczana gratis. Za 15.50 PLN dwudaniowy obiad to iście stołówkowa propozycja. Zmylony i zapatrzony w hipermarketowy, udałem się bezpośrednio do miejsca gdzie była lada i poprosiłem o zestaw dnia oraz cocacolę. Zapłaciłem w tym samym momencie i udałem się na spoczynem do niedaleko położonego stolika, obwieszonego suknem. Na zupę czekałem 5 minut, była bardzo ciepła, czyli pewnie nie z mikrofali – ucieszyłem się. W smaku zalewka okazała się obiecująca, całość przygotowana na boczku, lekko zabielona, z sporą ilością kartofli. Nie skończywszy zupy doczekałem się drugiego dania, sprytnie i zmyślnie podanego na talerzu przykrytym blaszaną kopułą, domyślam się że ktoś zauważył że jeszcze nie skończyłem jeść i zadbał o temperaturę dania następnego. Bitka pokryta smacznym sosem w towarzystwie kopytek o odpowiedniej sprężystości i smaku. Buraczki się pojawiły pomimo mojej prośby w bufecie o zamianę na kapustę, spróbowałem jednak i były standardowo dobre, nie jestem fanem tego typu dodatków więc nic więcej nie mogę powiedzieć.
Kończąc powiem, że mogę polecić Firley’a dla tych, którzy chcą nieźle zjeść, tanio i szybko. Nie wiem jak inne potrawy z karty, ale to już to Waszej oceny pozostawiam. Całość przybytku pozostawia jednak wrażenie stołówki ubranej w dworskie szaty z miłą obsługą, po co robić tak wielkie przestrzenie, szczególnie w centrum handlowym, gdzie sklepów nie ma wiele i nie ma co liczyć na tysięczną klientelę.

firley3.jpg

FIRLEY Restaurant’s
www.firleyrestaurants.com.pl

h1

Sakana Sushi Bar – Poznań

Luty 9, 2007

Sushi Sushi zaczyna odgrywać nie byle jaką rolę w naszej, szybko zmieniającej się kulturze jedzenia i biesiadowania. W sumie nie wiem czy to dobrze, czy źle. Dobrze o tyle, że poznajemy nowe smaki, otwieramy się, lub tylko udajemy otwarcie na inne kultury. Źle może dlatego, że zauważam pewne uspołecznienie się tego sposobu jedzenia i przygotowania dań, nie wiem czy to dobre słowo, ale chodzi głównie o zejście Sushi pod strzechy w nienajlepszym tego słowa znaczeniu.

Moje peregrynacje z Sushi i ogólnie pojętą kuchnią japońską, wzięły swój początek z uczęszczania na studia, gdzie towarzysze z kraju kwitnącej wiśni pojawiali się dość często i równie często popijali zieloną herbatę i zajadali smakołyki lokalnie lub w niedalekim przybytku japońskiej kuchni.

Kilka lat od tamtego czasu minęło a przysmaki, które były czymś niezwykłym, rzadkim i niespotykanym zaczęły pojawiać się w nowopowstających barach, restauracjach a nawet w sklepach, pod postacią „Sushi-Zrób to sam”. Kolejną okazję aby wrócić do tych smaków miałem w podróży służbowej, niedaleko starego rynku stolicy wielkopolski.

maki.jpgSakana Sushi Bar mieści się w samym kulinarnym centrum Poznania, łatwo tu trafić zwracając uwagę na typowy trzcinowo-drewniany wystrój wewnątrz ale i na zewnątrz. Ponieważ jest to bar, zaraz po wejściu natrafimy na typową ladę w kształcie elipsy. W środku dwa stanowiska kucharskie, wokoło kanał wodny przypominający bieżnię, po której bieg długodystansowy uprawiają Nigiri, Maki, Temaki i Chirashi. My zasiadamy na wysokich krzesłach, mając na oku cały proces przygotowywania azjatyckich „rozkoszy”.
Akurat podczas naszej wizyty popsuła się owa bieżnia, woda wyschła a zamówienia pobierało się nie z osiadłych na mieliznach łódek lecz bezpośrednio u sympatycznego kucharza. Koleżanka z pracy, stała bywalczyni owego baru, powinna być i była przywódcą zamawiających, choć preferowała sushi dość nietypowe.
Zdaliśmy się głównie na tym co proponował pan w białym fartuchu i nie był to zły wybór. W zgrabnych miseczkach został podany imbir, całkiem smaczny, niezbyt octowy i nie za kwaśny. Tu wtrącę jeden przytyk: kucharzowi imbir się skończył w pewnym momencie, a on nie zbaczając na gości wyjąć plastykowy worek pokaźnej wielkości i zgrabnie uzupełnił zapas. Nie powinno się robić takich operacji z workami pochodzącymi z hurtowni bo to nieeleganckie i nieprofesjonalne. Miseczka również zawierała przyklejony do brzegu chrzan wasabi, który oczywiście mogliśmy rozprowadzić w sosie sojowym na małym półmisku.
Jedliśmy tylko Maki-zushi co powoduje, że mogę się wypowiedzieć tylko na ten temat, choć w kanjpce można skosztować sporo więcej. Kombinacja tuńczyka, krewetek, łososia, ryby maślanej i paluszków krabowych wyszła całkiem nieźle, choć odróżnienie poszczególnych smaków było utrudnione, pewnie głównie ze względu na obróbkę podanych mięs w niskich temperaturach. Zamiast wodorostu nori jako zewnętrznej powłoki, potrafił się pojawić placek z ciasta przypominającego naleśnika, lecz również zupełny brak ochrony przed światem, w przypadku Maki z pieczonym łososiem, polanym słodkim sosem i posypanym sezamem.
Biorąc pod uwagę, że nie jestem typowym japończykiem, który potrafi zjeść 200 hot-dogów przez 3 minuty, a Sushi jest sycące, wystarczyły mi dwie rolki oraz kilka kęsów zapodanych przez współbiesiadników, chcących się podzielić smakiem. Rozliczanie gości odbywa się poprzez liczbę wykorzystanych prostokątnych talerzyków, które w zależności od swej barwy przynoszą odpowiednie obciążenie naszej kieszeni. Za czteroosobowy posiłek rachunek opiewał na 160 PLN, co nie jest ceną wygórowaną lecz również nie bardzo konkurencyjną.

sushi-maki.jpg Wracając do początku i mojej obawy przed uspołecznieniem się Sushi: jest to typowa sytuacja i nie da się jej powstrzymać, mieliśmy nieco wcześniej podobną sytuację z kuchnią meksykańską. Obawiam się sytuacji, w której Sushi będzie tak popularne jak ręcznie robione koreczki na prywatkach, albo co gorsza chipsy wsypywane do miski, lub paluszki w szklance (sic!). Postarajmy się nie sprowadzić tej kultury jedzenia i przyrządzania potraw do usystematyzowania i wtłoczenia wieloletniej tradycji w schemat działania Adama Słodowego. Jeszcze trudno w naszym kraju dostać świeże ryby, szczególnie śródziemnomorskie lub co gorsza oceaniczne, pisałem już o tuńczyku w Makro, który przed wyłożeniem na ladę jest głęboko mrożony. Dajmy szansę takim miejscom jak Sushi Bar w Poznaniu, wzrośnie konkurencja, ceny spadną…

Jeszcze moje kilka uwag na temat smaku i mojej subiektywnej oceny Sushi jako grupy kulinarnej. Osobiście jednak preferuję potrawy, które posiadają obróbkę cieplną i to w dodatnich temperaturach. Ciepło jednak wydobywa dużo smaku i pozwala na wiele więcej, bukiet jest bogatszy, choć pewnie wyśmieją mnie fani japońskich przysmaków, ale jak wspomniałem to subiektywna opinia.

Sakana Sushi Bar. Restauracja
tel 0 61 853 16 39
61-782 Poznań, Wodna 7
www.sakana.pl

h1

Restauracja Arsenał – obiad przed safarii

Październik 16, 2006

W sobotę mieliśmy o 14 być w ZOO stąd decyzja oczywista o spróbowaniu zjedzenia obiadu gdzieś po drodze lub bliżej centrum. W czwartek zbiegiem okoliczności zawodowych natrafiłem na włoską knajpę o nazwie Arsenał, która mieści się właśnie w warszawskim Arsenale przy placu bankowym. Ten kto ów informacje przekazał, nie był w stanie nic powiedzieć na temat jakości i ewentualnej gościny w podwojach owej jadłodajni, więc sam ocenić ją zechciałem.Trudność w rodzinnych obiadkach „na mieście” stanowią dzieci, nad którymi zapanować niekiedy trudno, a o spokojnym posiedzeniu przy stole można zapomnieć. Szczęśliwym trafem Arsenał posiada kącik dla dzieci oraz plan na dziedzińcu budynku, na którym jest bezpiecznie i przyjemnie. Wymienione okoliczności skłoniły nas do odwiedzin. Zaparkowaliśmy niedaleko, wzdłuż ulicy Długiej, wejście do knajpy jest od Andersa, choć idąc ze starego miasta, patrząc na szyld, mamy wrażenie że musimy wejść od dziedzińca. Otwierając drzwi od razu poczuliśmy zapachy śródziemnomorskich Włoch, lokal jest sporej wielkości, na ladach kuchni stoją deski z przygotowanymi Gnocchi, bar sałatkowy bardzo sympatycznie wygląda, słowem – klimatycznie.

 

arsenal1.jpg

Skierowano nas do kącika dziecięcego, który wyglądał bardzo profesjonalnie :) dużo zabawek, dywan z planem miasta i ulicami, tablica do rysowania itd., dla dzieci raj (co było słychać). Stoły okrągłe, aby nie rozbić głowy, a co najwyżej nabić guza, wysoko zawieszona tablica z menu dziecięcym.

Menu robi wrażenia mało-bogatego, ale to raczej atut, gdyż możemy mieć większą pewność, że dania są przygotowywane ze składników świeżych i w ogóle są przygotowywane a nie odgrzewane itd. Dzieci zamówiły makaron w kształcie zwierzątek z parmezanem oraz frytki. Ja szybkim, morskim spojrzeniem wybrałem śródziemnomorską zupę z owocami morza oraz risotto w podobnym stylu, małżonka długo nie mogła się zdecydować, w końcu padło na tagiatelle ze szpinakiem i suszonymi pomidorami.Dziecięce dania, na szczęście, dotarły szybko. Po około 15 minutach skosztowałem morskiej zupy, pływały tam małże, ośmiornica, kalmary, pewnie jakiś krab + nieco bazy bulionowej. Całość bardzo aromatyczna, nie mętna, smak wyrazisty, owoce morza bez tendencji gumiastych. Następne 5-10 min czekaliśmy na dania główne, które wreszcie zagościły na naszych stołach. Risotto z owocami morza bardzo stylowo podane, ciemnego koloru, z właściwym ryżem, w środku zatopiona biała prawdziwa, znacznej wielkości muszla. Dookoła średniej wielkości małże, nieco koperku dla koloru, smak bardzo morski, owoce morza miękkie, małże nie pierwszej świeżości, ale jak na sobotnią Warszawę (w środę jest dostawa) bardzo dobre (przypomniał mi się nawet Paryż, przez chwilę :) ), ryż wilgotny, może nieco za słony – i to jest mój jedyny zarzut, być może zbyt duże zasolenie wynika po prostu z tego, że same owoce morza są słone.
Małżonka nie była zachwycona tagiatelle, choć stwierdziła że jest to po prostu dobre. Spróbowałem, aby mieć pogląd, rzeczywiście sos śmietanowy, świeży szpinak i nieco za mało suszonych pomidorów, które mogłyby ożywić smakowo i kolorystycznie całość.

arsenal2.jpg

Kilka słów należy się barowi sałatkowemu… Mianowicie jest to kilkanaście półmisków/talerzy, na których prezentują się najprawdziwsze skarby włoskiej ziemi (karczochy, oliwki, suszone pomidory itd.) ceny są różne Np. serce karczocha w marynacie 8 PLN (chyba zbyt wiele). BTW szkoda że nie ma świeżych karczochów.

Zapłaciliśmy w pośpiechu (o 14 mieliśmy być w ZOO) więc deser nas ominął (a ponoć mają niezłe Tiramisu), rachunek opiewał na 120 PLN, za owoce morza i 4 osoby to chyba standard wśród warszawskich knajp podobnego pokroju. Myślę, że niezłą, aromatyczną, dwuosobową kolację z lampką wina, można tutaj zjeść za 80 PLN, a naprawdę dla klimatu i zapachu warto.

Dla rodzin z dziećmi również polecamy szczerze… :)

Strona WWW: www.restauracjaarsenal.pl

h1

Łikendowe połyczki II (W biegu Cafe, DongNam)

Wrzesień 19, 2006

Druga część łikendowych przygód kulinarno-kulturalnych zaczęła się w sobotę. W piątek rzutem na taśmę udało mi się zarezerwować bilety do teatru. Sztuka miała swój pierwszy dzwonek o godzinie 19 więc postanowiliśmy wyruszyć o 17.30 w kierunku centrum, licząc że szybki dojazd pozwoli nam jeszcze usiąść i co nieco skonsumować.
Na plac Zbawiciela dotarliśmy w okolicach godziny 18, jedna godzina na znalezienie knajpki oraz zjedzenie kolacji to dość mało, ale szybkim krokiem ruszyliśmy w kierunku ulicy Waryńskiego. Po prawej stronie oczekiwałem, dobrze znanej bywalcom MDM’u, restauracji „U Szwejka”, wcześniej jednak zauważyłem „Chłopskie jadło”, nic wcześniej nie wiedziałem o jej istnieniu, dziwne :) . Minęliśmy kuszące podwoje obu knajpek, wiedząc że na szybką obsługę i szybkie jedzenie w owych nie ma szans.
Biorąc zwrot o 180 stopni natrafiliśmy na wysoką bramę kamienic przy ulicy Marszałkowskiej, dobrze pamiętające poprzedni ustrój zwaliste budynki gościły i goszczą równie wiekowe (no może nieco mniej) domy uciech kulinarnych, z których na pierwszy rzut oka wyłania się azjatycki przybytek DongNam (http://www.dong-nam.com.pl/).

chicken-satay.jpgLiczyliśmy na szybką przekąskę, azjaci przodują w takowych, więc wkroczyliśmy szybkim krokiem, a ukazał się przed nami styl epoki Ming z domieszką PRL. Dwa piętra składają się na tą jadłodajnię, na dole siedziało kilkanaście osób, co tylko dobrze świadczy o podawanych tutaj specjałach – pomyślałem. Nobliwy kelner zapodał kartę dań, wybraliśmy na szybko 2 x zupa Wonton oraz kurczak SATAY, który figurował jako ciepła przekąska. Ceny nie zachęcają niskim poziomem, zupy ponad 10 PLN, dania 30-40, przekąski 10-20. Po 10 minutach oczekiwania na stole pojawiły się przybory do jedzenia, stylowe chińskie, porcelanowe łyżki (jedna była BRUDNA !!!), zupki podano w małych miseczkach. Smak Wonton ciekawy, lekko słodkawy, tak jakby z dodatkiem słodkiego, tajskiego sosu sojowego. Pierożki smaczne, w słusznej ilości, farsz ciepły a ciasto cieniutkie i nie rozgotowane. Gdy jeszcze jedliśmy łyżkami, kelner doniósł kurczaka, który podawany i przygotowywany jest na długich patyczkach od grilla, niekiedy metalowych, tutaj akurat drewnianych. SATAY – są to kawałki kurczaka, cienko pokrojone na paski, zamarynowane, nabite wzdłuż na patyk i grilowane/pieczone. Zwykle podaje się z sosem opartym na maśle orzechowym i tu też taki był, lecz dodatkowo zagościł przeźroczysty, lekko gęsty i słodki sos z kawałkami warzyw, coś jak salsa tylko o smaku orientalnym. Kurczak bardzo nam smakował, na talerzu znalazły się jeszcze tosty z ciemnego chleba, które polane sosami były również przekonująco smaczne.
Pożegnał nas rachunek ponad 40 PLN oraz pani z obsługi, która nam serdecznie podziękowała i powiedziała dowidzenia !!! Gratulacje.

wbiegu.jpgMinęło przedstawienie, minęły dwie godziny, minęło również poczucie sytości, co wraz z chęcią sprawdzenia zauważonej wcześniej, kątem oka, kafejki w pobliżu, zaowocowało decyzją o zawitaniu w progi „W biegu Cafe” na ulicy marszałkowskiej, tuż przy placu zbawiciela. Wnętrze ma swój styl, wygodne kanapy, lada ze słodyczami, zapach kawy. Małżonka wybrała herbatę, ja mrożoną Latte oraz kawałek keksa pakowany pojedynczo. Zaskoczył mnie 30 złotowy rachunek, dostrzegłem jednak, że herbata jest na dwie osoby, podawana w czajniczku z dwoma filiżankami, oraz że keks w plasterku wart jest 6 PLN. Zasiedliśmy w wygodnym siedzisku, po chwili na stoliku pojawiły się zamówione dobra. Kawa średnio mi smakowała, była, o dziwo, mało kawowa, dużo lodu, który chyba zbytnio rozcieńczył całość. Ciekawym pomysłem, który można wykorzystać jest polewanie stopioną czekoladę wnętrza naczynia z mrożoną kawą, takie wzorki wyglądają dość ciekawie. Keks bardzo dobry, wilgotny z sowitą ilością bakalii. Herbata okazała się przebojem wieczoru, później przeczytałem że marka Ronnefeldt jest jedną z bardziej znanych na rynku gastronomicznym, istnieje od 1823 roku ! i niestety nie można kupić tych produktówronnefeldt.jpg detalicznie :( Pomarańczowy aromat był nie nazbyt intensywny – akurat, sama ciecz miała kremową konsystencję, całość bardzo ciekawa. Sączyliśmy herbatkę powoli, czajniczek pomieścił kilka filiżanek, po czym pożegnaliśmy się z Cafe w biegu oraz z nocnym centrum Warszawy.

PS. W Cafe w biegu można oczywiście też zjeść coś bardziej konkretnego, są kanapki, sałatki i makarony. Kiedyś wypróbuję i opowiem…

h1

Łikendowe połyczki I (Pizza Dominium)

Wrzesień 11, 2006

Czasami nachodzi taki łikend, podczas którego można nieco więcej połykać na mieście :) Postaram się takowe przypadki opisać w dwóch etapach, poniżej piątkowy.

Postanowiliśmy wyjść do Parku Smaku (http://www.targowek.parkhandlowy.pl/nowerestauracje/), zamierzaliśmy iść tam pieszo, niestety obfity deszcz pokrzyżował te plany, więc wsiedliśmy w samochód i w ciągu 3 min byliśmy na miejscu. Park Smaku to miejsce w centrum handlowym Targówek, niedaleko Ikei i M1 Marki. Było godzina 21, stwierdziliśmy że to bardzo dobra pora na późną kolację, myliliśmy się srogo gdyż o tej porze Park Smaku już powoli zamyka swoje podwoje !!!! :) Planowałem zajrzeć do knajpy imieniem Buddy, której jak się okazało jeszcze tam nie ma :) !! Churrasco o 21 już było zaciemnione :) !! na Stone Club nie miałem ochoty, została jedynie Pizza Dominium. Byłem swego czasu w tej sieciowej pizzerii, na ulicy brackiej, jadłem całkiem smaczną sałatkę podawaną na placku zwaną Panzanella.

Usiedliśmy, do 22 mamy czas na spożycie, potem zamykają, więc zjemy może jakąś sałatkę i pójdziemy, byleby coś wrzucić do przewodu (to bardzo złe podejście !). Kątem oka, obserwującego ladę i krzątającego się za nią kucharza, zobaczyłem że nasza wizyta, o tak późnej porze, nie uradowała zbytnio młodego kuchcika, pomyślałem że mu się wyrwało. U niezbyt promieniującej uprzejmością kelnerki zamówiliśmy:

  • Panzanella Polo (mieszane sałaty z grilowanym kurczakiem, warzywami i sosem miodowo-musztardowym)
  • PENNE GRAIN QUATRO FORMAGGI(penne zapiekane z czterema serami:fetą, blue cheese, parmezanem, mozzarellą z dodatkiem smażonego boczku i śmietany)

pizzeria1.jpgPrzekazując nasz wniosek do kucharza, który kręcił ciastem na oczach głodnych widzów, znów zobaczyłem dziwną minę żonglera oraz uśmiech, przemiłej dla niego, kelnerki. Wyrobił placek pod sałatkę, ciasto jest takie jak na pizzę lecz grubsze, gęsto podziurkowane i posypane przyprawą. Mój makaron przygotowywany w kuchni wyjechał na zewnątrz, kuchcik posypał go serem, który używa zwykle do pizzy i włożył do pieca. Po 15 minutach oczekiwania dania zostały podane, sałatka majestatyczna, zielona, ładnie podana, penne również poprawnie podane, lecz samo danie mało atraktyjne, jednoodcieniowe. Niestety moje wewnętrzne obawy co do jakość makaronu potwierdziły się już po kilku widelcach, poczułem się najedzony i odeszła mi ochota na dalsze konsumowanie. Całość strasznie ciężka, mulista, boczek posklejany ze sobą, nie rozprowadzony po całości. Cztery sery, które tam miały przebywać połączyły się w jeden niezrozumiały dla podniebienia i języka patchwork. Samo penne strasznie rozgotowane, obślizgłe – ale się najadłem :) i sporo nauczyłem. Małżonka skonsumowała sałatkę, smakowało jej, moim zdaniem jednak tamtejsze mieszanki są tylko mieszankami składników, a nie kompozycjami, które się później nam w pamięci kołaczą. Wypiliśmy na deser po smacznej kawie z ekspresu i pożegnaliśmy się z Pizza Dominium chyba na dłuższy czas.

Wrzucę tutaj kilka kamyczków do ogródka polskiej kultury przyjmowania gości w restauracjach przez szacownych i nobliwych kelnerów, kucharzy i właścicieli. Bardzo dużo się zmienia i to widać, lecz w porównaniu z np. Paryżem, sporo nam brakuje do punktu, w którym klient czuje się mile obsługiwany, nie ma poczucia zbytniej lub zbyt małej natarczywości. Pragnie powrócić i spotkać się z tym samym człowiekiem, który może spróbuje sobie przypomnieć naszą ostatnią wizytę… Zacznijmy może od tego, że powinno się mówić „dzień dobry”, „dowidzenia” i nie tylko wtedy gdy jest to odpowiedzią do klienta, ale inicjatywa w takich sprawach powinna wypływać od goszczących nas, chcących również zarobić, gospodarzy.

h1

Penne w sosie śmietanowo-serowo-brokułowym

Wrzesień 2, 2006

Wstęp

Widziałem i jadłem wiele makaronów z brokułami, jedne ze spagetti, drugie z tagiatelle, jeszcze inne z penne. Właśnie ten ostatni, z wymienionych, makaron chyba ostatnio najczęściej pojawia się na naszym stole. Poniżej podam przepis wymyślony swego czasu, bazujący z pewnością na różnych, znanych już Wam pomysłach, ale ciekawy i chyba warty przytoczenia.

Na dwie osoby.

Składniki

oliwa z oliwek
3 ząbki czosnku
6 łyżek gęstej, kwaskowej śmietany 18%, najlepiej takiej z kubka
mleko – 2-3 łyżki
jeden duży lub dwa mniejsze brokuły, mogą być mrożone
60 gr ser pleśniowy typu recquefort, np. Lazur
2 łyżki parmezanu + do posypania
cytryna
sól, pieprz
makaron penne 250 gr – pół paczki standardu 500gr
Akcja

lazur_turkus_medium.jpgGotujemy wodę w garnku z łyżeczką soli i 4 łyżkami soku z cytryny, do wrzątku wrzucamy brokuły. Świeże gotujemy 3 minuty, mrożone 5. W międzyczasie na dużą patelnię wlewamy kilka łyżek oliwy, podgrzewamy i dodajemy 3 ząbki czosnku, w całości ze skórką, na małym ogniu czekamy aż się zrumieni. Oliwa dostanie fajnego czosnkowego posmaku, lecz bardzo łagodnego, złagodnieją również same ząbki, które nawet można spożyć smarując nim chleb.
W drugim garnku do gotującej się wody dodajemy makaron, łyżeczkę soli i 2 łyżki oliwy, czas który potrzebny jest penne aby stał się odpowiednio miękki i twardy zarazem, to około 7-8 min.
Po wyjęciu i dokładnym odcedzeniu brokułów, obcinamy same końcówki kwiatowe i wrzucamy na patelnię do przygotowanej oliwy, zwiększamy ogień, po chwili smażenia dodajemy wyciśnięty jeden ząbek, wcześniej zrumienionego, czosnku. Jeszcze jedna minuta i przekładamy zielone warzywo do osobnego pojemnika, zmniejszamy ogień. Na patelnię dodajemy 2 łyżki oliwy, śmietanę, pokruszony ser, parmezan i mleko, które tutaj posłuży do rozcieńczenia. Czekamy aż ser się rozpuści, całość nabierze jednolitej konsystencji, następnie dodajemy brokuły. Po chwili wrzucamy ugotowany, jeszcze ciepły, makaron, dokładnie mieszamy i podajemy w głębokich talerzach posypując parmezanem.

h1

Mule u Leona

Sierpień 24, 2006

leon.jpgTen post jest pierwszym, mam nadzieję, że nie ostatnim, z serii paryskich, kulinarnych i majowych wspomnień. Na początku chciałbym opisać coś co najbardziej zapadło w moją zapachowo-smakową pamięć, a mianowicie chodzi o małże, które świeżo przygotowane jadłem pierwszy raz i po pobycie w restauracji Leon de Bruxelles, z pewnością będę wracał do muli tak często jak to tylko możliwe. Już niedługo postaram się odwiedzić warszawskie podwoje kilku restauracji, w których podają świeże owoce morza tylko w czwartki, bo w środę jest dostawa lotnicza, wszystko oczywiście opiszę na łamach 5smaków.

Do stolicy Francji poleciałem głównie z chęci poznania innych smaków oraz kultury jedzenia i całej otoczki z tym związanej. Trzeba przyznać, że w Paryżu można przez kilka lat codziennie jeść w innej restauracji i pić kawę w innej kawiarni. Na każdym roku czekają na nas wolne stoliki, mili kelnerzy, atmosfera radości ze spożywania oraz obcowania ze współtowarzyszami posiłków.

Pewnie spytacie jak sprawa wygląda pod względem kosztów, bardzo tanie jak na Francję są wszelkie zestawy na lunch, które możemy kupić od poniedziałku do piątku w godzinach 12-14. Wieczorami i w weekend za to samo danie zapłacimy od dwóch do trzech razy drożej! Polecam więc wyjazdy, nie tylko na weekend, do krajów gdzie panuje kultura przerwy w pracy na posiłek.

cocotte.jpgAle do sedna, czyli do małż i Leon’a. Jest to sieć restauracji, którą zapoczątkował w 1989 roku Rudy Vanlancker, postanowił on na wzór restauracji założonej w Brukseli w 1893 przez Léona Vanlanckera, serwować świeże owoce morza, głównie te szczelnie ukrywające swe tusze w czarnych muszlach. Pierwsze jadłodajnie powstawały w Paryżu, najpierw na placu Republiki, obok której miałem zaszczyt mieszkać :) Dzisiaj w stolicy jest ich kilkanaście a na pozostałej francuskiej ziemi ponad dziesięć.

Jak już wspominałem mieszkaliśmy na placu Republiki, przy którym było około dwudziestu restauracji i kilkanaście kafejek, plac ten wielkością przypomina warszawski imienia konstytucji. Zatem Leon nie wpadł nam w oko w pierwszej chwili, gdyż trudno zawiescić oko i zdecydować gdzie usiąść, podróżnym pierwszy raz tam będących.

W sumie byliśmy w Leonie trzy razy, zjedliśmy dwa lunche i raz wpadliśmy na kolację. Odwiedziliśmy lokale na pl. Republiki, przy Operze oraz na Halach.

Do rzeczy więc, czyli do jedzenia. Główną atrakcją są oczywiście małże, podawane w zgrabnych stalowych misko-garnkach, jeszcze ciepłych, wyjętych z pieca. W środku znajduje się pewnie około 30 zgrabnych skorup, każda otwarta (małże które się nie otworzą w trakcie duszenia wyrzuca się), pływają one w różnych sosach/zupach. Będąc poza porą launchową możemy wybrać na jaki sposób zostanie podany nam ów garnuszek, wybierając się na przekąskę około południa, rodzaj okrasy zależy od dnia tygodnia. Są więc małże po prowansalsku, w piwie, w śmietanie, itd. Całość ma niesamowity, morski aromat smakuje wyśmienicie i jest całkiem pożywne.

Około 10 EUR kosztuje zestaw lunchowy, w skład którego wchodzi przystawka, danie główne i deser. Napoje trzeba sobie dokupić, piwo lub woda 4-6 EUR. Więc pełny śródziemnomorski obiadek mamy za 50 PLN. Na początek dostajemy lekką sałatkę: lodowa, trochę warzyw jakaś oliwka wszystko polane znakomitym sosem vinegret z musztardą. Jako główne danie mamy do wyboru stek z frytkami, rybę z duszonymi warzywami i ryżem oraz to co najważniejsze czyli małże. I stek i rybę wypróbowała moja małżonka, która owoców morza, nie wiedzieć czemu, nie trawi. Pływające wcześniej mięsko było dość neutralne w smaku i nie zachwyciło, to co jeszcze niedawno chodziło po łące było poprawnym stekiem podanym według życzenia, średnio wypieczonym. Na deser mamy lody, gofry, kawę lub rokpol. Ser świeży i smakowity, choć wyostrza zbytnio smak na zakończenie, deser lodowy zimny i smaczny.

Ciepłe małże jadłem na dwa sposoby, w śmietanie oraz po prowansalsku, te pierwsze nieco lepsze, gdyż całość bardziej zawiesista, trzymająca i rozwijająca aromat.

Wspominając pobyt wieczorno-kolacyjny muszę wspomnieć o sałatkach za 11 EUR, które pozwalają sympatycznie i pożywnie zamknąć kulinarny dzień. Jadłem taką firmowaną imieniem Leon, z krewetkami Gambas, które smakują zupełnie inaczej niż w Polsce i nie są z gumy, oczywiście z małżami, sałatą, sosem z oliwy. Małżonka kosztowała sałatkę chłopską z grzybami, szynką, bardzo smaczne, polecamy.

Na zakończenie powiem: wielka szkoda że nie mieszkamy bliżej morza, które owocuje tak sympatycznie dla podniebienia.

h1

Babskie Jadło – Gostynin->Płock

Sierpień 20, 2006

Jadąc z rodziną z miejsca wakacyjnego spoczynku, zwyczajowo jesteśmy po obiedzie, tym razem jednak pojechaliśmy niedługo po śniadaniu stąd w połowie trasy zaczęło nam doskwierać nadmierne pustkowie w żołądku. 1/2 drogi do domu to akurat okolice miejscowości Gostynin oraz jedynej większej trasy, a mianowicie nitki łączącej wcześniej wymieniony gród z Płockiem. Mijając rogatki miasta Gostynin i licząc sześć jednostek na cyferblacie odliczającym kilometry po lewej stronie ujrzymy zachęcająco wyglądający zajazd w stylu starej wiejskiej, bogatej karczmy.

Skręcamy, stajemy na parkingu wśród trawiasto-kwiatowych połaci, po chwili odnajdujemy wejście, ciekawie zdobione wnętrze, dużo drewna, choć chata chyba murowana i tylko dechami obłożona.
Pytanie o płatność kartą, niestety nie ma takiej możliwości!!! :) W portfelu ery plastykowych pieniędzy znalazłem 40 PLN, a drobniaków uzbieraliśmy następne 7 PLN. Cztery osoby, dwie duże, dwie małe – jak tu zjeść obiad za 47 PLN, pewnie że się da ! Po krótkich studiach nad kartą wybraliśmy rosołek z domowym makaronem dla córki, frytki dla najmłodszego zawodnika oraz pierogi z mięsem dla nieco starszej małżonki i placek po zbójnicku dla najstarszego „doświadczeniem” małżonka czyli mnie. Aha, oczywiście jedno pepsi aby zamknąć budżet na 45 PLN.

Po dłuższej chwili wjechał rosołek w przystojnej miseczce, dobry i z dobrym makaronem. Pierogi z mięsem okazały się majestatyczne, ładnie podane ze skwarkami, nadzienie całkiem pouczające, całość bardzo pożywna. Frytki w normie, syn pochłaniał w tempie podwójnym.

Odzielny opis dla placka, którego mogłem ocenić najdokładniej. Na pierwszy rzut oka niepokojąco jasny wydał mi się sos, który stanowi całe i podstawowe dobro tej potrawy. Pół talerza zajmował zestaw surówek, całkiem smacznych w trzech odmianach, wilgotnych i soczystych. Druga część jednak nie przedstawiała się tak zachęcająco. Placek był słabo wysmażony, za gruby, choć smaczny. Sos na marnej podstawie, stąd pewnie kucharz zagęszczając dodał za dużo mieszanki wody z mąką, co sprawnie dodało zawiesistości (aż nadto) ale pozbawiło potrawę kolory i aromatu mięsa, którego nie było w nadmiarze, zaledwie kilka kawałków !! Zjadłem oczywiście całość, bo nie było to nie do zjedzenia, szczególnie dla głodnego kierowcy, ale żałowałem że nie wziąłem pierogów, z drugiej strony poświęciłem się dla Mas (nie bierzcie tam placka po zbójnicku!).

Podsumowując wizytę trzeba przyznać, że Babskie Jadło jest godnym przystankiem dla wygłodniałych podróżników, sądzę że za rok będą mógł napisać coś o innych potrawach z tego przybytku.

h1

Sałatka z fasoli – nr 2

Sierpień 20, 2006

Wstęp

Pewnie dziwnie wygląda przepis nr 2, podczas gdy jeszcze nie zamieściłem pierwszego, spowodowane to, jak zwykle w takich przypadkach bywa, brakiem składników w osiedlowym sklepiku. Tuńczyk, bo właśnie o nim mowa, co prawda był w cenie 2 PLN za puszkę, ale okazał się miazgą, zalaną mętną wodą. Wylądował w śmietniku. Pora więc było wymyślić coś innego od znanej i lubianej sałatki, gdyż oprócz głównego składnika: sałaty lodowej, nie było również ryby.

Na dwie osoby.

Składniki

1 puszka fasoli białej np. cannellini
1 puszka innej fasoli np. ciecierzycy, w ostateczności może być czerwona
1 mała bułka pszenna lub połowa dużej :)
oliwa z oliwek
sól, pieprz
ocet balsamiczny
natka pietruszki
średnia ostra papryczka chilii lub podobna np. jalapeno
czerwona cebula średnia
kilkanaście czarnych oliwek
Akcja
Fasole otwieramy, osączamy na sitku, płukamy wodą zimną, mieszamy równomiernie, przekładamy do salaterki. Bułkę kroimy na kwadraty 1x1cm i wrzucamy na suchą patelnię na średnim ogniu. Cebulę siekamy na bardzo drobne kawałki i dodajemy do fasoli. Pietruszkę siekamy bardzo drobno i również dodajemy. Papryczkę oczyszczamy z pestek, płuczemy i kroimy na bardzo drobne części, oliwki na połowę i dodajemy wszystko do salaterki, w której mieszamy aby równomiernie rozprowadzić składniki. Cały czas czuwamy aby bułka na patelni się nie przypaliła ani nadmiernie zrumieniła. W szklance mieszamy 60 ml oliwy z solą i pieprzem, mieszamy, dolewamy łyżeczkę octu i energicznie rozprowadzamy po całej oliwie.
Dolewamy oliwę do salaterki i całość dokładnie mieszamy, po chwili dodając bułkę z patelni, znów mieszamy i podajemy na stół.
PS1.
Ważne aby gotowy produkt nie leżakował bo bułka nasiąknie i przestanie chrupać.
PS2.
Polecam włoską mieszankę fasoli, obok na zdjęciu.96791.jpg

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.