Jadąc z rodziną z miejsca wakacyjnego spoczynku, zwyczajowo jesteśmy po obiedzie, tym razem jednak pojechaliśmy niedługo po śniadaniu stąd w połowie trasy zaczęło nam doskwierać nadmierne pustkowie w żołądku. 1/2 drogi do domu to akurat okolice miejscowości Gostynin oraz jedynej większej trasy, a mianowicie nitki łączącej wcześniej wymieniony gród z Płockiem. Mijając rogatki miasta Gostynin i licząc sześć jednostek na cyferblacie odliczającym kilometry po lewej stronie ujrzymy zachęcająco wyglądający zajazd w stylu starej wiejskiej, bogatej karczmy.
Skręcamy, stajemy na parkingu wśród trawiasto-kwiatowych połaci, po chwili odnajdujemy wejście, ciekawie zdobione wnętrze, dużo drewna, choć chata chyba murowana i tylko dechami obłożona.
Pytanie o płatność kartą, niestety nie ma takiej możliwości!!!
W portfelu ery plastykowych pieniędzy znalazłem 40 PLN, a drobniaków uzbieraliśmy następne 7 PLN. Cztery osoby, dwie duże, dwie małe – jak tu zjeść obiad za 47 PLN, pewnie że się da ! Po krótkich studiach nad kartą wybraliśmy rosołek z domowym makaronem dla córki, frytki dla najmłodszego zawodnika oraz pierogi z mięsem dla nieco starszej małżonki i placek po zbójnicku dla najstarszego “doświadczeniem” małżonka czyli mnie. Aha, oczywiście jedno pepsi aby zamknąć budżet na 45 PLN.
Po dłuższej chwili wjechał rosołek w przystojnej miseczce, dobry i z dobrym makaronem. Pierogi z mięsem okazały się majestatyczne, ładnie podane ze skwarkami, nadzienie całkiem pouczające, całość bardzo pożywna. Frytki w normie, syn pochłaniał w tempie podwójnym.
Odzielny opis dla placka, którego mogłem ocenić najdokładniej. Na pierwszy rzut oka niepokojąco jasny wydał mi się sos, który stanowi całe i podstawowe dobro tej potrawy. Pół talerza zajmował zestaw surówek, całkiem smacznych w trzech odmianach, wilgotnych i soczystych. Druga część jednak nie przedstawiała się tak zachęcająco. Placek był słabo wysmażony, za gruby, choć smaczny. Sos na marnej podstawie, stąd pewnie kucharz zagęszczając dodał za dużo mieszanki wody z mąką, co sprawnie dodało zawiesistości (aż nadto) ale pozbawiło potrawę kolory i aromatu mięsa, którego nie było w nadmiarze, zaledwie kilka kawałków !! Zjadłem oczywiście całość, bo nie było to nie do zjedzenia, szczególnie dla głodnego kierowcy, ale żałowałem że nie wziąłem pierogów, z drugiej strony poświęciłem się dla Mas (nie bierzcie tam placka po zbójnicku!).
Podsumowując wizytę trzeba przyznać, że Babskie Jadło jest godnym przystankiem dla wygłodniałych podróżników, sądzę że za rok będą mógł napisać coś o innych potrawach z tego przybytku.


