h1

Mule u Leona

sierpień 24, 2006

leon.jpgTen post jest pierwszym, mam nadzieję, że nie ostatnim, z serii paryskich, kulinarnych i majowych wspomnień. Na początku chciałbym opisać coś co najbardziej zapadło w moją zapachowo-smakową pamięć, a mianowicie chodzi o małże, które świeżo przygotowane jadłem pierwszy raz i po pobycie w restauracji Leon de Bruxelles, z pewnością będę wracał do muli tak często jak to tylko możliwe. Już niedługo postaram się odwiedzić warszawskie podwoje kilku restauracji, w których podają świeże owoce morza tylko w czwartki, bo w środę jest dostawa lotnicza, wszystko oczywiście opiszę na łamach 5smaków.

Do stolicy Francji poleciałem głównie z chęci poznania innych smaków oraz kultury jedzenia i całej otoczki z tym związanej. Trzeba przyznać, że w Paryżu można przez kilka lat codziennie jeść w innej restauracji i pić kawę w innej kawiarni. Na każdym roku czekają na nas wolne stoliki, mili kelnerzy, atmosfera radości ze spożywania oraz obcowania ze współtowarzyszami posiłków.

Pewnie spytacie jak sprawa wygląda pod względem kosztów, bardzo tanie jak na Francję są wszelkie zestawy na lunch, które możemy kupić od poniedziałku do piątku w godzinach 12-14. Wieczorami i w weekend za to samo danie zapłacimy od dwóch do trzech razy drożej! Polecam więc wyjazdy, nie tylko na weekend, do krajów gdzie panuje kultura przerwy w pracy na posiłek.

cocotte.jpgAle do sedna, czyli do małż i Leon’a. Jest to sieć restauracji, którą zapoczątkował w 1989 roku Rudy Vanlancker, postanowił on na wzór restauracji założonej w Brukseli w 1893 przez Léona Vanlanckera, serwować świeże owoce morza, głównie te szczelnie ukrywające swe tusze w czarnych muszlach. Pierwsze jadłodajnie powstawały w Paryżu, najpierw na placu Republiki, obok której miałem zaszczyt mieszkać :) Dzisiaj w stolicy jest ich kilkanaście a na pozostałej francuskiej ziemi ponad dziesięć.

Jak już wspominałem mieszkaliśmy na placu Republiki, przy którym było około dwudziestu restauracji i kilkanaście kafejek, plac ten wielkością przypomina warszawski imienia konstytucji. Zatem Leon nie wpadł nam w oko w pierwszej chwili, gdyż trudno zawiescić oko i zdecydować gdzie usiąść, podróżnym pierwszy raz tam będących.

W sumie byliśmy w Leonie trzy razy, zjedliśmy dwa lunche i raz wpadliśmy na kolację. Odwiedziliśmy lokale na pl. Republiki, przy Operze oraz na Halach.

Do rzeczy więc, czyli do jedzenia. Główną atrakcją są oczywiście małże, podawane w zgrabnych stalowych misko-garnkach, jeszcze ciepłych, wyjętych z pieca. W środku znajduje się pewnie około 30 zgrabnych skorup, każda otwarta (małże które się nie otworzą w trakcie duszenia wyrzuca się), pływają one w różnych sosach/zupach. Będąc poza porą launchową możemy wybrać na jaki sposób zostanie podany nam ów garnuszek, wybierając się na przekąskę około południa, rodzaj okrasy zależy od dnia tygodnia. Są więc małże po prowansalsku, w piwie, w śmietanie, itd. Całość ma niesamowity, morski aromat smakuje wyśmienicie i jest całkiem pożywne.

Około 10 EUR kosztuje zestaw lunchowy, w skład którego wchodzi przystawka, danie główne i deser. Napoje trzeba sobie dokupić, piwo lub woda 4-6 EUR. Więc pełny śródziemnomorski obiadek mamy za 50 PLN. Na początek dostajemy lekką sałatkę: lodowa, trochę warzyw jakaś oliwka wszystko polane znakomitym sosem vinegret z musztardą. Jako główne danie mamy do wyboru stek z frytkami, rybę z duszonymi warzywami i ryżem oraz to co najważniejsze czyli małże. I stek i rybę wypróbowała moja małżonka, która owoców morza, nie wiedzieć czemu, nie trawi. Pływające wcześniej mięsko było dość neutralne w smaku i nie zachwyciło, to co jeszcze niedawno chodziło po łące było poprawnym stekiem podanym według życzenia, średnio wypieczonym. Na deser mamy lody, gofry, kawę lub rokpol. Ser świeży i smakowity, choć wyostrza zbytnio smak na zakończenie, deser lodowy zimny i smaczny.

Ciepłe małże jadłem na dwa sposoby, w śmietanie oraz po prowansalsku, te pierwsze nieco lepsze, gdyż całość bardziej zawiesista, trzymająca i rozwijająca aromat.

Wspominając pobyt wieczorno-kolacyjny muszę wspomnieć o sałatkach za 11 EUR, które pozwalają sympatycznie i pożywnie zamknąć kulinarny dzień. Jadłem taką firmowaną imieniem Leon, z krewetkami Gambas, które smakują zupełnie inaczej niż w Polsce i nie są z gumy, oczywiście z małżami, sałatą, sosem z oliwy. Małżonka kosztowała sałatkę chłopską z grzybami, szynką, bardzo smaczne, polecamy.

Na zakończenie powiem: wielka szkoda że nie mieszkamy bliżej morza, które owocuje tak sympatycznie dla podniebienia.

2 komentarzy

  1. Bardzo proszę o kontakt:)) na stronie nie moge znalezc maila;) z góry dziekuję:))


  2. Faktycznie to wielka gratka. Bywałem często w Paryżu w latach 1996-2000 i wówczas chodziłem z żoną do Leona na Polach Elizejskich w porze obiadowej (wieczorem po 20.00). Stało się w kolejce aby po około 15-20 minutach znaleźć się w zapachach morskich lokalu. Mule po prowansalsku to ulubiona potrawa mojej żony, mule w garnku w sosie piwnym lub winnym z bagietką to specjalność moja. A do tego wino rose nadające potrawie specyficznego smaku. Pycha.



Dodaj komentarz