
Łikendowe połyczki II (W biegu Cafe, DongNam)
wrzesień 19, 2006Druga część łikendowych przygód kulinarno-kulturalnych zaczęła się w sobotę. W piątek rzutem na taśmę udało mi się zarezerwować bilety do teatru. Sztuka miała swój pierwszy dzwonek o godzinie 19 więc postanowiliśmy wyruszyć o 17.30 w kierunku centrum, licząc że szybki dojazd pozwoli nam jeszcze usiąść i co nieco skonsumować.
Na plac Zbawiciela dotarliśmy w okolicach godziny 18, jedna godzina na znalezienie knajpki oraz zjedzenie kolacji to dość mało, ale szybkim krokiem ruszyliśmy w kierunku ulicy Waryńskiego. Po prawej stronie oczekiwałem, dobrze znanej bywalcom MDM’u, restauracji “U Szwejka”, wcześniej jednak zauważyłem “Chłopskie jadło”, nic wcześniej nie wiedziałem o jej istnieniu, dziwne
. Minęliśmy kuszące podwoje obu knajpek, wiedząc że na szybką obsługę i szybkie jedzenie w owych nie ma szans.
Biorąc zwrot o 180 stopni natrafiliśmy na wysoką bramę kamienic przy ulicy Marszałkowskiej, dobrze pamiętające poprzedni ustrój zwaliste budynki gościły i goszczą równie wiekowe (no może nieco mniej) domy uciech kulinarnych, z których na pierwszy rzut oka wyłania się azjatycki przybytek DongNam (http://www.dong-nam.com.pl/).
Liczyliśmy na szybką przekąskę, azjaci przodują w takowych, więc wkroczyliśmy szybkim krokiem, a ukazał się przed nami styl epoki Ming z domieszką PRL. Dwa piętra składają się na tą jadłodajnię, na dole siedziało kilkanaście osób, co tylko dobrze świadczy o podawanych tutaj specjałach – pomyślałem. Nobliwy kelner zapodał kartę dań, wybraliśmy na szybko 2 x zupa Wonton oraz kurczak SATAY, który figurował jako ciepła przekąska. Ceny nie zachęcają niskim poziomem, zupy ponad 10 PLN, dania 30-40, przekąski 10-20. Po 10 minutach oczekiwania na stole pojawiły się przybory do jedzenia, stylowe chińskie, porcelanowe łyżki (jedna była BRUDNA !!!), zupki podano w małych miseczkach. Smak Wonton ciekawy, lekko słodkawy, tak jakby z dodatkiem słodkiego, tajskiego sosu sojowego. Pierożki smaczne, w słusznej ilości, farsz ciepły a ciasto cieniutkie i nie rozgotowane. Gdy jeszcze jedliśmy łyżkami, kelner doniósł kurczaka, który podawany i przygotowywany jest na długich patyczkach od grilla, niekiedy metalowych, tutaj akurat drewnianych. SATAY – są to kawałki kurczaka, cienko pokrojone na paski, zamarynowane, nabite wzdłuż na patyk i grilowane/pieczone. Zwykle podaje się z sosem opartym na maśle orzechowym i tu też taki był, lecz dodatkowo zagościł przeźroczysty, lekko gęsty i słodki sos z kawałkami warzyw, coś jak salsa tylko o smaku orientalnym. Kurczak bardzo nam smakował, na talerzu znalazły się jeszcze tosty z ciemnego chleba, które polane sosami były również przekonująco smaczne.
Pożegnał nas rachunek ponad 40 PLN oraz pani z obsługi, która nam serdecznie podziękowała i powiedziała dowidzenia !!! Gratulacje.
Minęło przedstawienie, minęły dwie godziny, minęło również poczucie sytości, co wraz z chęcią sprawdzenia zauważonej wcześniej, kątem oka, kafejki w pobliżu, zaowocowało decyzją o zawitaniu w progi “W biegu Cafe” na ulicy marszałkowskiej, tuż przy placu zbawiciela. Wnętrze ma swój styl, wygodne kanapy, lada ze słodyczami, zapach kawy. Małżonka wybrała herbatę, ja mrożoną Latte oraz kawałek keksa pakowany pojedynczo. Zaskoczył mnie 30 złotowy rachunek, dostrzegłem jednak, że herbata jest na dwie osoby, podawana w czajniczku z dwoma filiżankami, oraz że keks w plasterku wart jest 6 PLN. Zasiedliśmy w wygodnym siedzisku, po chwili na stoliku pojawiły się zamówione dobra. Kawa średnio mi smakowała, była, o dziwo, mało kawowa, dużo lodu, który chyba zbytnio rozcieńczył całość. Ciekawym pomysłem, który można wykorzystać jest polewanie stopioną czekoladę wnętrza naczynia z mrożoną kawą, takie wzorki wyglądają dość ciekawie. Keks bardzo dobry, wilgotny z sowitą ilością bakalii. Herbata okazała się przebojem wieczoru, później przeczytałem że marka Ronnefeldt jest jedną z bardziej znanych na rynku gastronomicznym, istnieje od 1823 roku ! i niestety nie można kupić tych produktów
detalicznie
Pomarańczowy aromat był nie nazbyt intensywny – akurat, sama ciecz miała kremową konsystencję, całość bardzo ciekawa. Sączyliśmy herbatkę powoli, czajniczek pomieścił kilka filiżanek, po czym pożegnaliśmy się z Cafe w biegu oraz z nocnym centrum Warszawy.
PS. W Cafe w biegu można oczywiście też zjeść coś bardziej konkretnego, są kanapki, sałatki i makarony. Kiedyś wypróbuję i opowiem…
Herbatę Ronnefeldt można dostać na Allegro. Kosztuje sporo, ale jest tak pyszna, że warto. A podają ją też w Kafce na Oboźnej (w czajniczku, z którego spokojnie można nalać jedną kolejkę 4 osobom). Pozdrawiam